Styczeń 25th, 2011 by Louis Cypherr

Sprzęt ma to do siebie, że się zużywa i starzeje. I tak – od dłuższego czasu mój wysłużony już Canon PowerShot A95 miewał problemy z matrycą. Szkoda mi go było, bo pomimo upływu lat uważałem go za dobry aparat. Aż w końcu stało się – matryca wyzionęła ducha na amen, co objawia się dość ciekawym efektem. :)

Canon PowerShot A95 - uszkodzona matryca.

I tak oto stanąłem więc przed dylematem kupna jego następcy. Z jednej strony chciałbym sobie sprawić lustrzankę, ale z drugiej strony jest to sprzęt kosztowny i dość niewygodny podczas wycieczek rowerowych czy górskich spacerów. Wszak ile można nosić tobołów? Kamera, jedzenie, picie, kurtka przeciwdeszczowa… gdyby jeszcze do tego dorzucić torbę fotograficzną, to nie obyłoby się bez dodatkowego tragarza, który pomógłby to wszystko nieść. Tak więc lustrzanka owszem, ale dopiero po jakimś sensownym kompakcie.

Tak się złożyło, że wpadła mi w ręce gazetka z Saturna, a tam super mega hiper promocja! Fujifilm FinePix S1800 za jedynie 500 zł bez złotówki. Aparat, który ma wszystko to, co niezbędne marketingowcowi do zrobienia krzykliwego plakatu – czyli wielkie liczby: matryca 12 Mpix, zoom 15x, kręcenie filmów w HD, ISO 6400, SuperMacro. Super – pomyślałem i zacząłem szukać w Sieci informacji nt. tego aparatu odseparowanych od bełkotu marketingowców. No i wszystko pięknie, ale co się okazało? Pomimo używania kompaktów, najczęściej robię zdjęcia w trybie ręcznym. Ten sprzęt owszem – miał coś, co zostało nazwane trybem manualnym. Szkoda tylko, że nawet po ustawieniu tego programu ostrość ustawiana jest zawsze automatycznie. Jak dla mnie kompletna klapa. Za ofertę podziękowałem, a gazetka Saturna wylądowała w koszu.

Stwierdziłem, że nie ma to jednak jak stary, dobry Canon i wszedłem na Allegro. Długo nie szukałem. Trafiłem na modele G5 i G6. Pomimo iż miały dość zbliżone parametry (po co komu 7 Mpix, skoro 5 Mpix jest tak naprawdę wystarczające dla kogoś, kto nie ulega marketingowej magii liczb i nie robi wielkoformatowych odbitek) różnica w cenie wynosiła przynajmniej 100 zł na korzyść G5 kosztującego ok. 400 zł. To było to. Niby kompakt, ale:

  • zasilany kartami CF, a więc będę mógł wykorzystać dotychczasowe karty;
  • posiada gorącą stopkę;
  • jasny – jak na kompakt – obiektyw: F2.0-3.0 /F8
  • obsługa zbliżona do EOS-ów za sprawą kółka i przycisków dedykowanych do nastawiania parametrów ekspozycji – klikanie po menu w celu wykonania zdjęcia jest na dłuższą metę strasznie absorbujące i frustrujące. A tu wystarczy pokręcić kółeczkiem i już jest;
  • dodatkowy wyświetlacz na wzór tych z EOS-ów służący do ustawiania/wyświetlania parametrów.;
  • odchylany ekranik – rzecz szczególnie przydatna podczas robienia zdjęć z perspektywy żaby, czy na imprezach masowych, gdy trzeba aparat trzymać wysoko nad głową;
  • zapisuje w formacie RAW (niestety – jak się później okazało – tylko w rozdzielczości VGA :( );
  • wykonuje zdjęcia seryjne ze zmiennymi parametrami ekspozycji, z których można stworzyć fotografie HDR;
  • wykonuje zdjęcia seryjne ze zmiennym ustawieniem ostrości, z których – jak mniemam – można zrobić fotografie z powiększoną głębią ostrości;
  • obsługuje piloty na podczerwień;
  • robi zdjęcia interwałowe;
  • lampa błyskowa może zostać skonfigurowania do wyzwolenia w trybie tzw. drugiej kurtyny, co jest szczególnie przydatne przy długich czasach naświetlania.

Do wad muszę niestety zaliczyć akumulator. Producent nie zastosował tu standardowych paluszków AA, lecz znane z EOS-ów BP511. Skutkiem czego nie mogę wykorzystać dwóch kompletu czterech ogniw o pojemności 2500 mAh każde. Zamiast tego muszę włożyć jeden akumulatorek o pojemności marnych 1100 mAh. Kiepściutko. Choć z drugiej strony taka polityka ma chyba swoje uzasadnienie. Trzeba bowiem pamiętać, że w dniu swojej premiery (2002 r.) sprzęt ten za sprawą swojej ceny sięgającej kilku tys. zł był kierowany raczej jako zabawka dla profesjonalnych fotografów, którzy mają już jedną lub kilka lustrzanek, ale potrzebują czegoś do robienia zdjęć przy kotlecie i ogólnie tam, gdzie lustrzanka się nie nadaje lub jest zbyt nieporęczna. W takim przypadku mogą oni wykorzystać posiadane już akumulatory, zamiast dorzucać do swojej torby fotograficznej kolejny ich typ, który poza tym aparatem na nic by się nie przydał. Poza tym wiadomo – dedykowane akumulatory są przyjaźniejsze dla kieszeni producenta. ;)

Po wybraniu interesującej mnie aukcji, sprawdzeniu dorobku komentarzy sprzedającego kupiłem sprzęt, który pojawił się u mnie po kilku dniach w oryginalnym jeszcze opakowaniu:

Canon PowerShot G5 - karton.

W środku było prawie pełne wyposażenie fabryczne. Brakowało jedynie kabla USB i AV oraz płyty z oprogramowaniem. Kable zarówno pierwszego jak i drugiego typu mam  od poprzednich aparatów, jednakże płyty trochę mi szkoda – czasem można znaleźć na takich krążkach łakome kąski. W zamian za to dostałem jednak tuleję 52mm, filtr polaryzacyjny i kartę CF 256 MB:

Canon PowerShot G5 - załączone wyposażenie.

Akumulator okazał się już w dużym stopniu zużyty. Ponadto w ładowarce nie ma gniazda pozwalającego ładować zapasowe ogniwo w trakcie użytkowania podstawowego. Można jedynie podłączyć ją do aparatu, co unieruchamia sprzęt na czas uzupełniania prądu. W najbliższym czasie czeka mnie więc wydatek związany z dodatkowym akumulatorem i ładowarką.

Sam aparat przedstawia się dość dobrze. Nie ma dużych śladów zużycia. Poniższe zdjęcia robiłem niestety telefonem:

Canon PowerShot G5 od przodu z góry.

Canon PowerShot G5 od przodu.

Canon PowerShot G5 - dodatkowy wyświetlacz.

Canon PowerShot G5 - pokrętła.

Canon PowerShot G5 - akumulator (BP-511).

Aparat jest niestety dość wolny, jednakże nie stanowi to dla mnie na szczęście zbyt wielkiego problemu, gdyż na codzień nie fotografuję wyścigów F1, a trzymanie go w ręce o sekundę dłużej nie spowoduje u mnie frustracji. ;)

U osób chcących być na czasie – czyli podążających za tzw. modą, pewien niesmak może budzić nieco archaiczny wygląd (dla tych, którym słowniki są obce: mam tu na myśli „design” lub też „dizajn”). Dla mnie jednak ważniejsze są parametry. :)

Podsumowując – uważam, że zabawka ta pomimo starej konstrukcji (dostępne są już modele opatrzone symbolem G13), wciąż jest bardzo dobrym aparatem dla amatorów. Pozwala robić zdjęcia zarówno w pełni automatyczne, jak i w pełni manualne. Aparat wyposażony jest też w mnóstwo programów tematycznych. Przydałby się może większy zakres czasów naświetlania, ale generalnie nie jest źle. Dla zainteresowanych dostępny jest szeroki wachlarz akcesoriów w postaci dodatkowych lamp błyskowych, konwerterów makro i tele, całej gamy filtrów, za pomocą których można bardzo poszerzyć jego możliwości, a zdjęciom dodać nowy wymiar.

Myślę, że za stosunkowo niewielkie pieniądze amator fotografii, którego nie stać na lustrzankę lub szkoda mu pieniędzy na nią będzie mógł sobie zapewnić wiele chwil dobrej zabawy.

P.S. Czy ktoś się spotkał z ww. usterką matrycy? Może da się to naprawić przy sensownym nakładzie kosztów? Obecnie mój stary PowerShot A95 wykorzystywany jest przeze mnie jako czytnik kart do zgrywania zdjęć do komputera. :)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Add to favorites
  • co-robie
  • email
  • Gadu-Gadu Live
  • MySpace
  • RSS
  • Twitter
  • Śledzik
  • PDF
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Kciuk.pl
  • Reddit
  • Wykop

3 komentarzy do “Zmiana pstrykacza.”

  1. A tego, nie chwaliłeś się, że jesteś producentem tapetek do kolejnych wydań Ubuntu. I cały warsztat to zepsuty PowerShot A95? no. no ;)

    [Odpowiedz]

    Louis Cypherr Reply:

    Hehe, tak samo sobie pomyślałem po wstawieniu tej… „fotki”. :)

    [Odpowiedz]

  2. [...] okazji oczywiście nie omieszkałem wykorzystać mojego nowego aparatu, a konkretniej funkcji zdjęć interwałowych. Zamontowałem go więc na statywie, ustawiłem [...]

What do you think about?

FireStats icon Działa dzięki FireStats